środa, 29 grudnia 2010

Pralnia

Jeśli kiedykolwiek wybierzecie się do USA na wakacje, to nie ważne gdzie pojedziecie, ale koniecznie musicie odwiedzić jedno miejsce. Tych miejsc, może być coraz mniej a pewnie z czasem znikną.



Tym magicznym i nie powtarzalnym miejscem jest pralnia publiczna. Każdy kto oglądał filmy z ameryki (mi szczególnie przypomina się jeden odcinek Przyjaciół), w którymś na pewno natknął się na tą scenerię, gdzie jest dużo płatnych pralek i suszarek. Oczywiście, większość osób tak jak i w naszym rodzimym kraju, posiada pralkę. Mało tego większość osób posiada i suszarkę. Jednak są kompleksy, tudzież mieszkania na wynajem u prywatnych osób gdzie nie ma takich cudów techniki. W tedy zostają dwie możliwości. Jedna to kupić tarkę i trzeć wszystko w wannie lub trzeba wszystko zapakować i wybrać się do pralni.




Oczywiście wiadomo, że najgorzej jest w sobotę i niedzielę. Takowe miejsce łatwo jest zapełnić, gdyż jedna osoba zajmuje kilka pralek. Oczywiście pralek jest dużo i różnych rozmiarów. Od takich gdzie można uprać pościel z poduszkami do małych praleczek, które mają bęben w pionie. Mimo tego, każdy przeważnie segreguje swoje rzeczy przynajmniej te kolorowe z tymi nie kolorowymi, a o bieliźnie nie wspomnę. Więc szybko owych pralek zaczyna brakować. Właśnie dlatego prania najlepiej robić w poniedziałki rano.




Pralnie poszły z duchem techniki tak jak i wszystko na świecie, oprócz polskich urzędów. Dlatego, nie płaci się za nie monetami, a kartą. Poczekalnia ma telewizory i internet, w dodatku zawsze znajdzie się ktoś z kimś można porozmawiać. Niby zwyczajne miejsce a jednak ma swój klimat i na pewno nie znajdziecie tego w rodzimym kraju.



wtorek, 28 września 2010

Skrzynka pocztowa wyznacznikiem demokracji ?!

Nie wiem czemu ale cos sie trzymam ostatnio tematu skrzynek pocztowych.
Przeglądając polskie strony informacyjne, które pomagają mi być na bieżąco z wydarzeniami z kraju, natknąłem sie na artykuł "Poczta Polska walczy z blaszkami i straszy sadem" na stronie www.tvnwarszawa.pl (http://www.tvnwarszawa.pl/-1,1670136,0,,poczta_polska_walczy_z_blaszkami_i_straszy_sadem,wiadomosc.html). Artykuł mówi o tym, ze monopolista jakim jest Poczta Polska, chce pozwać InPost za doklejanie blaszek do listów i tym samym obchodzenie prawa. Jeśli by tego nie robili, zgodnie z prawem, za te same usługi co Poczta Polska musieli by pobierać o wiele większe opłaty. Jest to głupie, w końcu w wolnej i demokratycznej Europie utrzymywanie monopolisty jest nietaktem. Biorąc pod uwagę, że juz dawno pojawiły sie skrzynki do których każdy może wrzucić swoją ulotkę. Wiec czemu nie ma być konkurencji w doręczaniu listów?!
W Polsce zmieni się to z początkiem 2013 gdzie zgodnie z unijnym nakazem ten rynek zostanie otwarty.
Jak to wygląda w USA?! Jest o wiele gorzej.
Budujemy sobie dom, kupujemy sobie wymarzona skrzynkę, którą stawiamy przed domem i rejestrujemy ją na poczcie. Niestety zgodnie z prawem federalnym w cudowny sposób skrzynka przestaje być naszą własnością w 80%, a staje sie poczty. Nikt oprócz poczty i właściciela, nie może jej otworzyć. Jaki jest tego skutek. Jeśli firma x, chce rozwozić ulotki a nie wykupiła tej usługi na poczcie, to tych ulotek nie może ani włożyć do skrzynki ani pozostawić ich w obrębie skrzynki. Taka firma, co najwyżej może zostawić ulotkę wetkniętą w drzwi. Tak właśnie wygląda "wolna" i demokratyczna Ameryka, która walczyła o wolność swoich obywateli.

Skrzynka

Tego nie dowiecie się z Hollywoodzkiego filmu. Tego nie dowiecie się z książek, tego nawet nie dowiecie się od cioci wiki. Ja też o tym nie wiedziałem.

Pierwsze co zrobił właściciel mieszkania które wynajmuję, to uświadomił mi, że elektryczność nie jest wliczona w czynsz. Następnie dał mi kartkę z adresem gdzie muszę pojechać i złożyć aplikację o to by rachunek był na mnie. Oczywiście zrobiłem to.
Podpowiem wam by ułatwić wam życie, że takie sprawy jak otworzenie jakiegoś rachunku wymaga dwóch dowodów tożsamości. Jednym może być paszport, gorzej z drugim. Moja międzynarodowa legitymacja studencka ISIC też nie zawsze działa, nikt nie spojrzy na twoje międzynarodowe prawo jazdy. Nawet dowód osobisty z angielskim tłumaczeniem nie jest ważny. Więc warto najpierw otworzyć konto w banku, bo karta z twoim imieniem i nazwiskiem jest dowodem tożsamości. Więc paszport i karta starcza.
No ale wracając do rzeczy. Złożyłem wniosek, zostałem poinformowany, że będę musiał zapłacić depozyt, jako nowy klient. Pozostało mi czekanie na rachunek. Oczywiście nikt się nie cieszy z rachunków, no ale że miał to być ten pierwszy amerykański, to chyba jakaś ekscytacja we mnie była.
Mijały dni, tygodnie. Wkońcu dwumiesięczne oczekiwanie na jakikolwiek list, przerodziło się w panikę i niepewność, czy czasem na drugi dzień nie obudzę się bez elektryczności. W końcu zadzwoniłem do zakładu energetycznego i poprosiłem o aktywowanie dostępu do mojego rachunku, poprzez stronę internetową. Dzięki osiągnieciom techniki i szybkiemu internetowi 4G, mogłem obserwować jak suma należności za dostarczenie usługi energetycznej, z dnia na dzień rośnie.
Wściełly i bezradny udałem się do właściciela by dowiedzieć się co jest grane. Na co on z uśmiechem na twarzy, spytał "Czy zarejestrowałeś skrzynkę pocztową?". Nie wierzyłem. Że niby co?! Właściciel wyjaśnił mi, że w USA skrzynki przypisane są do osób a nie konkretnych domów. Więc jak się przeprowadzasz, musisz iść do nowego urzędu pocztowego by zgłosić, że będziesz tu mieszkał. Tym samym trzeba się bezzwłocznie wyrejestrować pod starym adresem. Szokujące i niezwyczajne dla mnie. Co prawda, przez internet też to można zrobić i wtedy jak jedzie się na wakacje na drugi koniec USA, to pocztę można dostawać nawet do pokoju hotelowego. Jednak dla osoby, która nie miała z tym styczności jest to coś dziwnego. Z pewnością jest to oszczędność dla poczty która nie musi jeździć po pustostanach.
Lecz moje pytanie brzmi jak można być tak nie rozgarniętym, gdy wynajmuje się obcokrajowcowi mieszkanie, by powiedzieć mu gdzie trzeba starać się o elektryczność a nie powiedzieć, że trzeba zarejestrować skrzynkę, by dostać ten cholerny rachunek?!

wtorek, 20 lipca 2010

Chorować w USA Part 1


Jeśli chcesz chorować w Polsce to musisz być zdrowy, tak się mówi potocznie od kilkunastu lat o polskiej służbie zdrowia. Natomiast jeśli chcesz chorować w USA to musisz być i zdrowy i ciągle pracować.


Moją dziewczynę spotkało nieszczęście i nabawiła się niemiłej dolegliwości, jaką jest zapalenie ucha środkowego. Dzięki zdobytej wiedzy na renomowanej uczelni medycznej w Warszawie oraz sprawdzeniu objawów w Internecie, wiedzieliśmy że diagnoza jest słuszna tak na 90% i to bez pomocy Dr. Housa.


Podany został również silny antybiotyk, właśnie na tą dolegliwość, który wziąłem ze sobą z polski. Jednak nasilający się ból sprawił, że wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Zaczęliśmy szukać pomocy. Okazało się, że bez ubezpieczenia nie wiele da się zrobić. Można skorzystać z pomocy w darmowej klinice, jednak wcześniej trzeba się umówić, bo takowe placówki mają dość spore obłożenie.


Następną próbą jakiej chcieliśmy podjąć był by ostry dyżur, na którym z pewnością udzielno by nam pomocy. Jednak udzielenie takiej pomocy również wiązało by się z poniesieniem kosztów (Nawe kilkanaście tysięcy dolarów), które (jeśli ktoś nie ma pieniędzy) są zawieszane w czasie do momentu rozpoczęcia pracy.


Dlatego całe szczęście, że nasz znajomy lekarz przyjął nas na wizytę za którą nie musieliśmy płacić. Potwierdził naszą diagnozę i stwierdził, że podany antybiotyk jest prawidłowy i stosuje się go właśnie w takich przypadkach. Do tego dla pewności dopisał nam lek antywirusowy, gdyby podłoże zapalenia było właśnie wirusowe.
Zaraz po wizycie udaliśmy się do apteki, gdzie podano nam cenę za lek – jedyne $239 i to za generyk (Lek generyczny, lek odtwórczy, generyk – określenie leku będącego zamiennikiem leku oryginalnego, zawierającym tę samą substancje czynną – źródło wiki.)! Cieszyłem się, że antybiotyk wziąłem ze sobą i nie musieliśmy kupować i jego. Podana cena była oczywiście nie do przyjęcia, dlatego poprosiliśmy osobę z ubezpieczeniem aby ona go kupiła na siebie. Było przy tym kombinacji, jak choćby jazda po nową receptę. No, ale udało się. Cena za lek z ubezpieczeniem $5. Tak, ja też nie mogłem w to uwierzyć!


Założę się, że większość pomyślała tak jak my, skoro dzięki ubezpieczeniu są takie zniżki to czemu się nie ubezpieczyć. Tak właśnie zrobiliśmy. Weszliśmy na Google i zaczęliśmy szukać ofert ubezpieczycieli. Jest ich dość sporo jednak jest jeden problem – cena. Na cenę nie składa się jeden parametr, jak choćby koszt miesięczny. Wiadomo, że za najtańszy pakiet nie można się było spodziewać wiele, ale to na co na trafiliśmy to istna paranoja.


Powiedzmy, że chcemy wybrać firmę A, która oferuje pakiet zdrowotny za $150 miesięcznie. W skład pakietu wchodzą wizyty u lekarza, ostry dyżur, pobyt w szpitalu i refundacja leków. Do tego dochodzi deductible, czyli kwota którą musimy wydać sami za leczenie zanim ubezpieczyciel zacznie robić cokolwiek. No i tu się zaczyna zabawa. Jeśli deductible jest wysoki, rzędu $2000 to miesięczna składka jest niska ($150), jeśli ta kwota jest niska (nie widziałem ofert $0) to składka miesięczna jest wysoka. Oczywiście są różne wariancje. Jeśli osiągniemy deductible to np.: ubezpieczyciel pokryje 80% wydatków na leki ale nie więcej niż $500, może pokryć w 90% wizytę u lekarza lub posiadać stała stawkę za każdorazową wizytę itp.. Więc może być sytuacja, gdzie miesięcznie będziemy płacić na ubezpieczenie po $200, deductible $900 a do większości i tak będziemy musieli jeszcze dopłacać z własnej kieszeni. Mało tego, deductible (A specific dollar amount that your health insurance company may require that you pay out-of-pocket each year before your health insurance plan begins to make payments for claims. Not all health insurance plans require a deductible. – źródło http://www.ehealthinsurance.com/ehi/StandAloneHelp.ds?faqId=HGLD&categoryId=HGL1-2-2&entryId=1&mcei.app.terminalID=__tid__1_), to jest opłata roczna. Czyli np.: cały rok jesteśmy zdrowi a w grudniu chorujemy. Przekraczamy sumę deductible, kończy się rok i w styczniu znowu musimy najpierw pokryć deductible by ubezpieczyciel zaczął działac.
Więc czas przestać narzekać na NFZ bo my musimy dopłacić” co najwyżej ordynatorowi, aby łóżko się znalazło, a nie tak jak w USA „współ-płacić” za wszystko.


P.S.
Pozdrowienia dla pracowników NFZ i polskiej służby zdrowia.
Polecam również film "Chrować w USA" Micheal Moore.

piątek, 16 lipca 2010

Przelanie

Ostatnio podczas tankowania samochodu przelało mi się paliwo. Nie powiem, był to dla mnie szok. Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu ale zaraz się opamiętałem. W końcu jestem w USA, tu nie muszę się tym martwić. W Polsce rzadko kiedy tankowałem benzynę, więc nie mogła się przelać, a gazu LPG nie da się przelać.
Tu nie dość że galon kosztuje $2.70, to większość samochodów to monstra z silnikami 5 litrowymi v8, które stoją w gigantycznych korkach. Mało tego, koncert BP codziennie wylew kilka tysięcy baryłek ropy do zatoki Meksykańskiej, więc ja mam się przejmować jakimś drobnym przelaniem ?! O nie !

4th of July

Na obchody 4 Lipca wybrałem się do Chicago. Mówiono mi, że takich fajerwerków jeszcze nigdzie nie widziałem. Miasto wydaje średnio na nie $1 mln. Wsiadłem w samochód i pojechałem.
Chcąc nacieszyć się miastem i uniknąć korków wybrałem się wcześniej, dzięki czemu zdążyłem na "Taste of Chicago". Jest to festiwal a raczej może wielka uczta, poświęcona jedzeniu. Myślałem, że zjem tu coś orientalnego i mało spotykanego. Jednak na miejscu okazało się, że po pierwsze jest drogo a po drugie oprócz żeberek z grilla i pizzy, którą jedli chyba wszyscy, to nic ciekawego się nie dostanie.
Dlatego swoje kroki skierowałem na przystań z której chciałem podziwiać widowisko. Nie powiem zeszło się sporo ludzi. Obstawiono wybrzeże ratownikami, gdyby ktoś z w rażenia chciał wskoczyć do wody i się ostudzić. Przy każdym ratowniku stał co najmniej jeden policjant, a gdy zaszło słońce wszystko się zaczęło.
Kilka petard, wystrzelonych bez żadnej synchronizacji. Siedziałem osłupiały zastanawiając się czy to jest to. Resztę widowni też siedziała jak wmurowana ale nie bynajmniej nie z zachwytu, a po 20 minutach było już po wszystkim. Czułem się bestialsko wykorzystany. Do tej pory pytam się, gdzie ten amerykański przepych?! Przecież Orkiestra Owsiaka pod PKiN puszcza lepsze fajerwerki, mało tego moi sąsiedzi lepiej witają nowy rok w Polsce! No ale tak to już jest z amerykańskimi uroczystościami. Więcej się o nich mówi, niż są one tego warte.

The Flag Guy


Moja lokalna gazeta " The Plainfield Sun" w ostatnim numerze na pierwszej stronie, donosi o tutejszym bohaterze. Jest nim kierowca śmieciarki, który "ratuje flagi". Artykuł ukazał się tuż po 4 Lipca, więc całkiem nie przypadkowo. Z całej historii można by się śmiać, bo komu by się śniło odznaczać, kogoś nagrodą "Wolności" za takie coś. Czy któregoś z polskich operatorów śmieciarek (tak, to nie są śmieciarze) odznaczono kiedyś za recycling?! Nie, mimo tego, że nawet ja nie raz widziałem jak wybierali puszki i butelki ze śmieci by je później oddać do skupu.
No, ale w końcu to Amerykański bohater. Nasz Jeff O., przezywany "The Flag Guy" nie dość, że zbiera bestialsko porzucone a często i porwane flagi!, to w domu składa je, po czym wiezie do the American Legion, którzy takie flagi utylizują podczas specjalnych ceremonii utylizacyjnych.

sobota, 22 maja 2010

Gold Class Cinema

Znowu o kinie ale tym razem krótko. Tym razem polecam kino z rozkładanymi fotelami.

http://www.youtube.com/watch?v=ETIkkMVUBw4&feature=player_embedded

W tym kinie na pewno każdy poczuje się komfortowo. Każda sala jest tylko na dwadzieścia osób. Fotele nie dość, że są rozkładane to mają przycisk do wzywania kelnera. Na początku seansu dostajemy menu, poduszkę i kocyk. Nie ma reklam przed seansem, tylko cisza i spokój. Czasem tylko można się zapomnieć i odpłynąć w objęcia Morfeusza.

niedziela, 2 maja 2010

Cinema

Jeśli kiedyś będziecie w USA, to potraktujcie wizytę w kinie jako atrakcje turystyczna. Wybierzcie jakiś piątkowy seans na ósmą wieczorem i idźcie na niego.
Zawsze gdy szedłem do kina, wkurzało mnie jak jakaś mądrala nie siadała na swoim miejscu tylko na czyimś, a później było wielkie przesiadanie. W USA, nie ma tego problemu, gdyż kupuje się bilety na dany seans, a na bilecie jest tylko numer sali. Miejsce trzeba znaleźć sobie samemu.
Więc w piątek wraz z dziewczyną wybraliśmy się do kina na „ A Nightmer On Elm Street”. Kupiłem bilety za $ 7,50, powiedzcie mi gdzie jeszcze w Warszawie można kupić bilet normalny za 7,50 ?! No może tylko w Lunie i tylko w poniedziałek. Wchodzimy do Sali a mojan dziewczyna pyta się mnie gdzie siedzimy. Ja na to, że tam gdzie znajdziemy. Oczywiście w Sali była obsługa, która pomagała znaleźć miejsca, ale udało się bez większych problemów, mimo że sala była już prawie pełna.
Czułem się jak by czas się cofnął i znowu bym był w liceum na wycieczce do kina. Nie dość, że było głośno to ludzie ciągle dochodzili, na dodatek był ktoś z małym dzieckiem, które zaczęło płakać. Ktoś z Sali krzyknął, że takie Małe dziecko powinno spać, a jakiś murzyński kobiecy głoś odkrzyknął „Spadaj”.
No ale film się zaczął i towarzystwo umilkło. Pozostał odgłos jedzonego pop kronu i pitej coli. Jednak po pewnym czasie ludzie zaczęli komentować to co się dzieje. Oczywiście nagłos i w zabawny sposób np. ”nie rób tego”, „uciekaj”, „zabij”, „przyj” itp., a gdy główna bohaterka zabija „potwora” to wszyscy zaczęli klaskać. Nigdy nie byłem na takim seansie w kinie, gdzie widownia uczestniczy w filmie i dlatego uważam, że warto wybrać się do kina :)

czwartek, 22 kwietnia 2010

Ignorantia iuris nocet


Dwa dni temu byłem wymienić płyn hamulcowy w pobliskim warsztacie i trafiłem na następującą sytuację.
Pan Smith przyjeżdża samochodem na wymianę oleju, swoim starym Pontiakiem. Zostawia samochód na parkingu przed garażem, załatwia formalności w biurze i idzie napić się kawy do poczekalni. Siada w skórzanym fotelu i rozkoszuje się smakiem darmowej kawy. Zastanawia się, co ma jeszcze do załatwienia, ale jego uwagę przykuwa plakat wiszący na przeciwległej ścianie. Dwie półnagie kobiety reklamują komplet nowych opon.
W tym samym czasie jeden z mechaników bierze kluczyki od jego samochodu. Wsiada, zapala silnik, kontrolki gasną. Wrzuca D, puszcza hamulec, samochód zaczyna się toczyć w kierunku garażu. Dodaje lekko gazu w momencie, gdy samochód wjeżdża na podjazd, a później skręca na swoje stanowisko pracy. Będąc w połowie, wciska hamulec i nic się nie dzieje. Samochód nadal jedzie. Chwilowa panika zostaje szybko zastąpiona, wieloletnim doświadczeniem mechanika i wciska on hamulec ręczny. Samochód zwalnia, by w końcu zatrzymać się przed ścianą garażu.
Kilka minut później Pan Smith jest proszony do garażu przez Menagera. W kilku słowach zostaje przedstawiona sytuacja i na koniec zostaje poinformowany, iż nie zostanie mu zwrócony samochód, jeśli układ hamowania jest nie sprawny. Za naprawę oczywiście sam musi zapłacić.
W tedy pojawiam się ja i przyglądam się całej sytuacji. Pan Smith jest podenerwowany i pyta się, jak to możliwe, że on mógł dojechać do warsztatu bez większych problemów. Mechanik mógł wjechać na stanowisko, a teraz każą mu płacić za naprawę, której nie chciał. Menager próbuje mu wytłumaczyć, że takie jest prawo i niesprawne samochody mogą być zatrzymane. W tedy Smith się wkurzył i powiedział „Czyli rozumiem, że mój samochód jest zakładnikiem?! W takim razie dzwonię na policję”. Jak powiedział tak wyszedł i zadzwonił. Rozmowa trwała długo, ale wystarczająco, by Menager zmiękł. Gdy wrócił, Menager zaproponował mu, że doleją mu płynu hamulcowego i może zabrać samochód. Smith oczywiście się zgodził i czym prędzej opuścił warsztat w swoim Pontiaku. W między czasie odwołał policję, która i tak przyjechała na rozmowę z Menagerem.
Rozmowa była krótka. Policjant powiedział, że nie ma prawa, które nakazuje zatrzymanie samochodu gdy ten jest niesprawny w jakikolwiek sposób. Każdy pojazd, który nie spowoduje lub utrudni ruchu, jest uważany za sprawny. Nawet te, które ewidentnie nie powinny jeździć, ze względu na opłakany stan wizualny, jak to ujął oficer. Dodał na zakończenie, że takie prawo stosuje się tylko do ciężarówek i półciężarówek, poczym poprosił, w zamian za darmowa lekcje prawa, o darmowe sprawdzenie ciśnienia w kołach jego radiowozu.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Zemsta Mc'Donalda

Zaraz po przyjeździe dopadła mnie … i tu mi jest ciężko to nazwać. W Egipcie jest to Zemsta Faraona, a w Ameryce Południowej Zemsta Montezumy. A tutaj w USA to chyba Zemsta Mc’Donalda lub Wuja Sama.?! Czyli ostre zatrucie pokarmowe, które nie chciało odpuścić. Dlatego znajomy, który ma ubezpieczenie, zadzwonił do swojego lekarza pierwszego kontaktu i spytał się o leki. W odpowiedzi usłyszał 7up i ssanie kostek lodu?! Jeśli 7up jestem w stanie zrozumieć, bo to napój kaloryczny o tyle kostek lodu w ogóle. Całe szczęście, że w polskim sklepie mogłem kupić Gorzką Żołądkową (1,75 l) i to taniej niż w Polsce oraz węgiel leczniczy. Ta mieszanka w sposób szybki i przyjemny, postawiła mnie na nogi :)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

When Poland Stand Still

Z pewnością każdy się domyśla, że o tragedii polskiego Air Force One mówiono również w USA. Jednak wiadomości nie zostały tym zdominowane. W sobotę była to wiadomość dnia ale już w niedzielę była podawana jako druga lub trzecia z rzędu, a w poniedziałek już o tej tragedii nie wspominano. Dzień jak co dzień, nowe problemy, tylko ci co mają TVN, TVN24 lub Polsat, mogą katować się żałobą.

Większość amerykanów, w sobotę, nawet nie wiedziało co się stało, tylko ci z polskimi korzeniami o tym słyszeli i przeważnie na znak solidarności z narodem ozdabiali samochody polskimi flagami z czarnymi wstążkami. W polskich sklepach nie gra muzyka a wszystkie koncerty dla polonii zostały odwołane.



Poniżej opis katastrofy oczami New York Time’a
President of Poland Killed in Plane Crash in Russia
By NICHOLAS KULISH, ELLEN BARRY and MICHAL PIOTROWSKI
This article was reported by Nicholas Kulish, Ellen Barry and Michal Piotrowski, and written by Ms. Barry.
WARSAW — A plane carrying the Polish president and dozens of the country’s top political and military leaders to the site of the Soviet massacre of Polish officers in World War II crashed in western Russia on Saturday, killing everyone on board.
President Lech Kaczynski’s plane tried to land in a thick fog, missing the runway and snagging treetops about half a mile from the airport in Smolensk, scattering chunks of flaming fuselage across a bare forest.
The crash came as a stunning blow to Poland, wiping out a large portion of the country’s leadership in one fiery explosion. And in a bizarre twist, it happened at the moment that Russia and Poland were beginning to come to terms with the killing of more than 20,000 members of Poland’s elite officer corps in the same place 70 years ago.
“It is a damned place,” former President Aleksander Kwasniewski told TVN24. “It sends shivers down my spine.”
“This is a wound which will be very difficult to heal,” he said.
A top Russian military official said air traffic controllers at the Smolensk airport had several times ordered the crew of the plane not to land, warned that it was descending below the glide path, and recommended it reroute to another airport.
“Nevertheless, the crew continued the descent,” said Lt. Gen. Aleksandr Alyoshin, the first deputy chief of the Russian Air Force Staff. “Unfortunately, the result was tragic.”
Russian emergency officials said 97 people were killed. They included Poland’s deputy foreign minister and a dozen members of Parliament, the chiefs of the army and the navy, and the president of the national bank. They included Anna Walentynowicz, 80, the former dock worker whose firing in 1980 set off the Solidarity strike that ultimately overthrew Polish Communism, as well as relatives of victims of the massacre that they were on their way to commemorate.
Poles united in their grief in a way that recalled the death of the Polish pope, John Paul II, five years ago. Thousands massed outside the Presidential Palace, laying flowers and lighting candles.
Magda Niemczyk, a 24-year-old student, held a single tulip. “I wanted to be together with the other Polish people,” she said.
“It’s a national tragedy,” said Ryszard Figurski, 70, a retired telecommunications worker. “Apart from their official positions, it is also simply the loss of so many lives.”
Foreign Minister Radoslaw Sikorski, one of the highest-ranking Polish leaders not on board the plane, told Poland’s Radio Zet that he was the one to inform Prime Minister Donald Tusk, who “was in tears when he heard about the catastrophe.”
Devastating as the loss was, its connection with the 1940 massacre at Katyn shocked the nation. The crash happened days after Prime MinisterVladimir V. Putin became the first Russian leader to join Polish officials in commemorating the massacre, a wound that has festered between the two countries for decades and to Poles symbolized Russian domination.
Former President Lech Walesa, who presided over Poland’s transition from Communism, called the crash “the second disaster after Katyn.”
“They wanted to cut off our head there, and here the flower of our nation has also perished,” he said.
The repercussions on Poland’s coming presidential elections were far from clear. The Law and Justice Party lost numerous important leaders in addition to the president, including its parliamentary leader. Mr. Kaczynski had been trailing far behind his opponent in the polls, but the outpouring of sympathy from the mourning public might benefit his party in the moved-up presidential election.
Under Poland’s Constitution, the leader of the lower house of Parliament, now acting president, has 14 days to announce new elections, which must then take place within 60 days.
While the crash is not likely to substantially change Poland’s relationships with other countries, including its plans to host part of an American missile defense system, it could agitate Poland’s relationship with Russia.
Mr. Kaczysnki, 60, who often put Poland on a collision course with Russia, was on his way to the Katyn forest, where 70 years ago members of the Soviet secret police executed more than 20,000 Polish officers captured after the Red Army invaded Poland in 1939.
On Wednesday, Mr. Putin of Russia took a major step to improve relations by becoming the first Russian or Soviet leader to join Polish officials in commemorating the anniversary. He was joined there by Mr. Tusk.
Mr. Kaczynski, seen by the Kremlin as less friendly to Russia, was not invited. Instead, he decided to attend a separate, Polish-organized event on Saturday.
Russia’s leaders, acutely aware of the potential political fallout of the crash, immediately reached out to Poland with condolences over the deaths. Mr. Putin left Moscow to meet his Polish counterpart, Mr. Tusk, at the site of the crash, and President Dmitri A. Medvedev recorded an address to the Polish people, saying, “All Russians share your sorrow and mourning.”
The plane was a 20-year-old Tupolev Tu-154, designed by the Soviets in the mid-1960s and operated by the Polish air force. Russia halted mass production of the jet about 20 years ago, and about 200 of them are still in service around the world, said Paul Hayes, director of accidents and insurance at Ascend, an aviation consultancy in London. He said the Polish presidential jet was one of the youngest of them.
Officials in Poland have repeatedly requested that the government’s aging air fleet be replaced. Former Prime Minister Leszek Miller, who survived a helicopter crash in 2003, told Polish news media he had long predicted such a disaster.
“I once said that we will one day meet in a funeral procession, and that is when we will take the decision to replace the aircraft fleet,” he said.
It was unclear whether the plane’s age was a factor in the crash. The crash site was cordoned off, but Russian news media reported that the airplane’s crew made several attempts to land before a wing hit the treetops and the plane crashed about half a mile from the runway. Correspondents at the scene said the plane’s explosion was so powerful that fragments of it were scattered as far as the outskirts of Smolensk, more than a mile from the crash site.
A spokesman for Poland’s Ministry of Foreign Affairs said 88 passengers were on the plane.
Among those on board the plane, the Polish government said, were Mr. Kaczynski; his wife, Maria; Ryszard Kaczorowski, who led a government in exile during the Communist era; the deputy speaker of Poland’s Parliament, Jerzy Szmajdzinski; the head of the president’s chancellery, Wladyslaw Stasiak; the head of the National Security Bureau, Aleksander Szczyglo; the deputy minister of foreign affairs, Andrzej Kremer; the chief of the general staff of the Polish Army, Franciszek Gagor; the president of Poland’s national bank, Slawomir Skrzypek; and the commissioner for civil rights protection, Janusz Kochanowski.
Mr. Kaczysnki, 60, was elected president in 2005 just as his identical twin brother, Jaroslaw, became head of the nationalist-conservative Law and Justice government. He forged close relationships with Ukraine and Georgia and pushed for their accession into NATO, arguing passionately that a stronger NATO would keep Russia from reasserting its influence over Eastern Europe.
He was a major supporter of plans for part of an American antiballistic missile defense system to be based in Poland, infuriating Russia. Although that proposal by President George W. Bush was scaled back by President Obama, Polish officials have said they still plan to host American surface-to-air missiles in northern Poland.
That plan is unlikely to be affected by the crash.
Nicholas Kulish and Michal Piotrowski reported from Warsaw, and Ellen Barry from Moscow. Clifford J. Levy and Viktor Klimenko contributed reporting from Moscow.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Lądowanie


Jeszcze za nim samolot wyląduje, a my zaczniemy bić brawa dla pilotów, którzy przez pół podróży dozorowali autopilota, załoga rozda nam dwa formularze. Oba są bardzo ważne dla nas. Jeden to Formularz I-94, na którym zostanie wbita data legalnego pobytu na terenie USA. Tak naprawdę to właśnie to będzie nasza wiza, gdyż to co dostaliśmy w konsulacie to była tylko promesa zezwalająca na lot i wejście na lotnisko. Formularz należy wypełnić bardzo dokładnie, z pewnością na jego tłumaczenie natraficie, gdy będziecie przeglądać pokładowe gazety wetknięte w siedzenie przed wami, a robi to każdy podczas 10 h lotu. Następny ważny formularz, to deklaracja celna. W wypełnieniu obu z nich pomorze wam załoga, bądź inni pasażerowie.

Na lotnisku, najlepiej podążać za innymi w tedy na pewno się nie zgubimy. Bagaż odbieramy pod rozmowie z urzędnikiem, więc teraz czeka nas najgorsze.

Stoimy w długiej kolejce, kilka krotnie zostają nam sprawdzone dokumenty, czy na pewno mamy paszport i czy mamy wypełnione formularze, o których wspominałem. Rozmowa przebiega różnie. Ja zostałem dokładnie przepytany - gdzie jadę, na jak długo, która to moja wizyta, czy pracuję itp.… Natomiast inny urzędnik, w okienku obok, tylko wbijał daty pobytu i wołał kolejne osoby z kolejki. Czasem wystarczy powiedzieć “I don’t speak English” i to wystarczy, a innym razem urzędnik poprosi kogoś o tłumaczenie.

Po drugiej stronie, gdy otworzymy paszport i sprawdzimy na części formularza I-94, który został zostawiony w naszym paszporcie i po odebraniu walizki, czeka nas już tylko jedna kontrola – celna. Kiedyś polegała ona na otwieraniu walizek i sprawdzaniu ich zawartości, ale to było kiedyś, teraz już sie tylko je prześwietla i w razie wątpliwości otwiera.

Gratuluję, jesteśmy w USA J

Deklaracja celna

Formularz I-94








sobota, 6 marca 2010

Bezpieczeństwo przede wszystkim.

Na lotnisku byłem cztery godziny wcześniej. To przez nowe zabezpieczenia, jakie wprowadzono na lotnisku po nieudanym zamachu na samolot lecący do USA z Amsterdamu do Detroit. Jednak, gdy oddaję bagaż okazuje się, że wystarczy półtorej godziny przed wylotem. Więc pozostałe 2,5 h mogę spędzić na pożegnanie się z rodzicami, podziwianiu z bliska młodego Shtura oraz Jandy, lecących gdzieś w Świat. Dzięki stresowi czas szybciej mija i w końcu idę przejść przez te super nowe środki bezpieczeństwa i śluzy powietrzne. Pierwszą bramkę mijam bez problemu. Następnie kieruję się do mojego wyjścia (Gate), po drodze kontrola paszportów i jestem przy swojej bramce. Tam widzę śluzę powietrzną, która przypomina futurystyczny skaner lub tomograf komputerowy. Robi mi się dziwnie gorąco, bo nigdy nic nie wiadomo. Może to urządzenie wyczuje proch z petard, które kupiłem na świętowanie nowego roku a trzymałem w kieszeniach, kto wie?! Ale o dziwo ochrona się uśmiecha i każe iść dalej. Takiego szczęścia nie miała moja dziewczyna, niewiniątko zostaje obwąchane przez to urządzenie dość dokładnie. Dobrze, że nie została polizana przez nie po twarzy, a o merdaniu ogonem nie wspomnę. Została godzina do odlotu. W poczekalni pełno staruszków lecących do dzieci w USA, którym jakoś się udało. Kilku młodych, którzy zaginą w tym wielkim państwie, odnajdując swoją własną drogę szczęścia. Na końcu my, ciekawi a zarazem przerażeni niepewnego jutra. Jednak godzina dwunasta wybiła i nie ma odwrotu. Zapakowani w Boeinga 767-300 Er, który komfortem i wygodą przypomina autobusy PKSu lub pociągi PKP (gdzie w kiblu klapa sedesu ciągle opada), ruszamy za ocean lotem bezpośrednim. Jeszcze tylko 9 godzin i 15 minut, a później tylko rozmowa z urzędnikiem DHS (Department Of Homeland Security). P.S. Jeśli planujecie lot do USA i chcecie go odbyć w komfortowych warunkach, rozważcie lot z przesiadką lub poczekajcie do końca 2012. W tedy LOT wprowadzi do użytku nowe maszyny 787 Dreamliner, bo w tym co lecę nawet słuchawki nie działają:/








wtorek, 9 lutego 2010

Czyściec

Jestem w Czyśćcu. Tak, bo to nie miejsce a stan emocjonalny, polegający na rozdarciu między jednym światem a drugim. Gdy nie uporządkowane rzeczy w jednym miejscu, trzymają nas przed przejściem do kolejnego.

Uporządkowanie wszystkiego przed wyjazdem jest bardziej skomplikowane niż mi się wydawało. Niby na wszystko było dwa miesiące a jednak, pracując po osiem godzin, tracąc dwie godziny na dojazd z i do pracy, nadzorując pisanie pracy mgr, chorując, ćwicząc się po godzinie dziennie i dbając by nie umarło życie uczuciowe, czasu zabrakło na kilka spraw. Już wiem, że nie napisze dzieła mojego życia przy którym powieści Kinga będą bajkami na dobranoc dla dzieci w wieku 5+. Nie namaluję bitwy kiboli z policją na Nowym Stadionie Narodowym, tym samym nie pobiję Matejki ani nie zawstydzę Turbodymomana w siedzeniu na ławce przed blokiem i liczeniu pięter. Zdołam tylko spojrzeć na garstkę książek z których większość zostawię jako dobytek nieruchomy i resztę rupieci do których w większym bądź mniejszym stopniu się przywiązałem, a nie udało się ich sprzedać na Allegro. W pracy złoże wymówienie, nie za późno ani nie za wcześnie, spotkam się z kilkoma przyjaciółmi a na zakończenie powiem „Goodbye and good luck!”.



sobota, 23 stycznia 2010

Międzynarodowe Prawo Jazdy


Odebrałem Międzynarodowe Prawo Jazdy, które wcale nie zachwyca wyglądem. Duża książeczka, nie mieszcząca się do żadnego znanego mi portfela, co najwyżej do saszetki jakie zawiesza się 9 latkom by nie zgubiły dokumentów. Nie dość, że sama wielkość odstrasza to samo wykonanie też nie jest powalające. Kilka karteczek na których jest ciągle to samo tylko w innych językach. Na końcu zdjęcie, miejsce na podpis i pieczątki. Dobrze, że przynajmniej na pierwszej stronie jest spis 116 państw, które honorują ten dokument. Natomiast najgorsza jest okładka, na której organ wydający jak i numer krajowego prawa jazdy wpisany jest ręcznie. Pewnie jak by się postarał jakiś 12 latek, to zrobił by takie przy użyciu Photoshopa , drukarki laserowej i pieczątek zrobionych z kartofla.

Najśmieszniejsze jest to, że Międzynarodowe Prawo Jazdy nie jest ważne u nas. Nie wiem czy przez to, że wydane u nas czy tak ogólnie. Nie ważne bo i tak jest głupotą, że krajowe prawa jazdy, które są robione według wzoru Unii Europejskiej, nie posiadają anglojęzycznych tłumaczeń. To chyba nie takie trudne skoro dowód osobisty je posiada?!

W razie gdybyście wy się wybierali do USA, warto jednak wyrobić sobie taki dokument. Nie jest to drogie 25 zł, zdjęcie, dowód do wglądu, krajowe prawo jazdy do wglądu i dwa dni robocze. Wydaje je lokalny urząd komunikacji, czyli tam gdzie odbieraliśmy krajowe.

Teoretycznie nasze krajowe prawo jazdy jest honorowane w USA, choć w razie stłuczki możemy mieć problemy właśnie ze względu na brak tłumaczenia (z tego samego powodu na krajowe prawo jazdy, nie sprzedadzą nam alkoholu w sklepie ;)), a tak wyciągniemy międzynarodowe i nie będzie problemu.

środa, 20 stycznia 2010

Bilety

Kupno biletów nie było spontaniczną decyzją, a raczej przemyślaną. Studia skończone, brak dzieci czy innych zobowiązań - jak choćby kredytu na mieszkanie z wyrokiem trzydziesto letnim. Co prawda nie można było wyjechać od razu po studiach, bo nie było za co. Później jak było za co to nie wypadało przed świętami i w święta, więc został 2010.

Wraz z nowym rokiem i życzeniami, była chęć kupna biletów w pierwszym tygodniu stycznia. Oczywiście jako to bywa z postanowieniami noworocznymi i z tym nie w pełni się udało. Poślizg wyniósł dwa tygodnie, ale bilety są kupione na 4 marca, bez żadnych przesiadek by nie utrudniać sobie życia jak ostatnio.

Licznik, który widać na stronie, odlicza dni do wylotu.

Początek

Rodzimy się jako niewolnicy, języka, religii, obyczajów, przekonań i kraju. Część nawet tego nie zauważa. Rodzą się i umierają jako niewolnicy. Lecz niektórzy czują, że coś jest nie tak i starają się to zmienić. Różnie im to wychodzi, raz lepiej raz gorzej.

Teraz czas na mnie, czas na zmiany.